|
Nowe Fakty Kaliskie, 4 sierpnia 2010 Rozmowa z Adamem Borowiakiem, dyrektorem Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Adama Asnyka w Kaliszu Niech marki mają nadzieję Lipcowe spotkania z pisarzami, poetami i aktorami cieszyły się wielkim zainteresowaniem. Czy to znaczy, że Kalisz można nazwać miastem książki? - Domyślam się, że mamy mówić o problemie czytelnictwa: czy kolejne pokolenia będą sięgały po książki czy też będą się od niej odwracały? Dane statystyczne są niepokojące i pokazują, że czytelnictwo książek w Polsce spada. Coraz więcej osób czyta przede wszystkim tylko krótkie informacje, takie sygnały docierają do nas z wyższych uczelni i ze szkół. Uczniowie i studenci wolą się posługiwać szybką, skondensowaną informacją, którą pozyskują z mediów elektronicznych, przede wszystkim z Internetu. Ale przecież książkę nie można traktować tylko jako źródło wiedzy. - Naturalnie, czytanie książek ma wiele walorów: to jest rozrywka, obcowanie ze sztuką, także wiedza i informacja. Trudno też myśleć o jakimś kształtowaniu estetyki bez zaglądania do książek. Nie jest zagrożeniem dla książki to, że się pojawiają nowe elektroniczne nośniki, bo one tylko wzbogacają dostęp do wiedzy i informacji i wszystkiego tego, co zawiera tradycyjna książka na papierze. Jeśli popatrzymy wstecz, to w XX wieku telewizja ani nie zabiła filmu, ani z tego samego powodu nie przestało istnieć radio. Dla rozwoju społeczeństwa, także dla utrzymania i wzbogacenia naszego dziedzictwa pojawienie się nowych technologii nie jest samo w sobie zagrożeniem, a wręcz przeciwnie - jest pożyteczne. Na przykładzie biblioteki można pokazać, że pojawienie się nowych nośników pozwalających digitalizować, czyli zachowywać w wersji elektronicznej wszelkie publikacje, służy ich utrwalaniu i jednocześnie ułatwia do nich dostęp. W ten sposób możemy na przykład chronić starodruki, jednocześnie udostępniając je każdemu zainteresowanemu bez obawy, że zostaną zniszczone. Chociaż w naszej placówce jesteśmy dopiero na początku tej drogi. No właśnie, co już udało się zrobić, jeśli chodzi o digitalizację zbiorów Miejskiej Biblioteki Publicznej w Kaliszu? W ubiegłym roku właśnie w Bibliotece, podczas spotkania samorządowej komisji kultury zostały zaprezentowane możliwości, jakie daje nowoczesna technologia. - Rzeczywiście postęp w tej dziedzinie jest ogromny, ale żeby z niego korzystać, trzeba mieć na to pieniądze. Chcielibyśmy zacząć od digitalizacji mikrofilmów znajdujących się w zbiorach Biblioteki Głównej. Nie trzeba nawet kupować tych urządzeń, wystarczy taką usługę zamówić, żeby sukcesywnie te mikrofilmy przenosić na zapis cyfrowy. Ale to wszystko będzie uzależnione od możliwości finansowych. A pieniądze są też niezbędne na działalność podstawową. Śledzimy rynek wydawniczy, podaż książek jest rzeczywiście ogromna. Staramy się kupować nowości, bo to decyduje o jakości naszej oferty dla czytelników; ważne jest także odtwarzanie księgozbioru. Te nakłady są jednak skromne, gdyż w ciągu roku jesteśmy w stanie przeznaczyć na to 60-70 tysięcy złotych. Ta kwota zależy też od puli programu operacyjnego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, z którego korzystają biblioteki, a ostatnio zostały one okrojone i to drastycznie: wcześniej otrzymywaliśmy z tego źródła 20-23 tysiące złotych na zakup nowości, a w tym roku niespełna połowę tej kwoty. Na początku rozmowy pytałem czy Kalisz jest miastem książki, bo na spotkaniach organizowanych przez Bibliotekę z autorami frekwencja chyba czasami przerasta oczekiwania organizatorów. - Niekiedy mamy nawet ponad 100-osobową publiczność, a warunki lokalowe w Bibliotece Głównej są wiadomo jakie, dlatego spodziewając się wysokiej frekwencji sięgamy po technikę, instalujemy kamerę i ekran, na którym widzowie mogą śledzić spotkanie w drugim pomieszczeniu. Ale najważniejsze jest to, że ludzie chcą rozmawiać o książce i pisaniu, że chcą słuchać autorów, że przychodzi do nas młodzież i ludzie starsi. Oczywiście najbardziej przyciągają popularne postaci, osoby znane, chociażby z telewizji. Ale każdy kontakt z twórcą jest ważny, bo zachęca do sięgnięcia po książkę czy tomik poezji tego autora. Cieszy mnie, że wiąże się to z potrzebą bezpośredniego kontaktu z żywym człowiekiem, że ludzie przychodzą w piątkowy wieczór, bo tak najczęściej odbywają się te spotkania w Bibliotece Głównej, rezygnując z oglądania telewizji czy innych rozrywek. To nas mobilizuje, żeby zestaw nazwisk był możliwie szeroki, żeby zapraszać gości reprezentujących różne dziedziny twórczości i pokolenia. To są autorzy beletrystyk i memuarystyki, książek wspomnieniowych, które inspirują czytelników, naszą publiczność do zainteresowania historią własnej rodziny, do jakiś refleksji. Zapraszamy też wybitnych przedstawicieli nauki, którzy potrafią w bardzo przystępny sposób opowiadać o swojej dziedzinie, co na pewno zachęca do sięgnięcia po książkę bardziej specjalistyczną. Staramy się ubarwić spotkania prezentacją multimedialną: tak było na przykład podczas prezentacji Muzeum Zamoyskich w Kozłówce czy zabytkowych szat liturgicznych z kościoła św. Józefa. Często takim spotkaniom towarzyszy wystawa tematycznie związana z prezentowaną książką i oczywiście zawsze można uzyskać dedykację od autora. Panie dyrektorze, czy jest szansa, że spotkania „nocnych marków”, które przyciągnęły do ratusza prawdziwe tłumy będą kontynuowane? - Te dwa wieczory zatytułowane „Nocne marki prozy” i „Nocne marki poezji”, które zorganizowaliśmy w ramach projektu nazwanego ,,Miasto pisarzy” to była propozycja związana z jubileuszem Kalisii Ptolemeuszowej 18,5 wieku Kalisza. W ten sposób Biblioteka włączyła się w obchody tego wydarzenia. Przypomnę, że bohaterami pierwszego wieczoru byli: Jerzy Stuhr, Roma Ligocka i Jacek Dehnel, natomiast w wieczorze poezji udział wzięli: Ewa Lipska, Wojciech Malajkat, Jacek Wójcicki i Konrad Mastyło. Takie osoby zwykle mają „zapięty kalendarz” rok naprzód, natomiast decyzja, że zorganizujemy te wieczory zapadła wiosną tego roku. Udało się uzgodnić wszystko w naprawdę krótkim czasie dzięki dobrej współpracy z Wydawnictwem Literackim. Imprezy plenerowe w naszym klimacie to trochę taka rosyjska ruletka, bo nigdy nie można być pewnym, jaka będzie pogoda. Szczęście nam dopisało i mieliśmy dwa piękne lipcowe wieczory w szczególnej scenerii dziedzińca kaliskiego ratusza. Na pewno w innych okolicznościach trudno by było o równie magiczną atmosferę. Po to, żeby organizować imprezy z takim rozmachem - wymagające współpracy z innymi instytucjami, które zapewniły profesjonalne nagłośnienie i oświetlenie, zapewniły bezpieczeństwo, ustawiły ekran przed ratuszem - trzeba mieć dodatkowe środki. Na pewno sam dziedziniec, jako miejsce kusi i marzyłoby się, żeby częściej wykorzystywać tę scenerię. Przypomnę, że w poprzednich latach odbywały się tam także imprezy muzyczne, chociaż często ze względu na kiepską pogodę trzeba je było w trybie alarmowym przenosić do sali recepcyjnej ratusza. Dlatego też warto pomarzyć, żeby nad niewielką powierzchnią dziedzińca zamontować konstrukcję, która w razie niepogody umożliwiałaby szybkie jego zadaszenie. Możliwości technologiczne są różne i warto o takiej konstrukcji pomyśleć na przyszłość. Te spotkania miały też niezwykłą atmosferę ze względu na obsadę, możliwość dyskusji pomiędzy tak różnymi przecież twórcami, reprezentującymi odmienne środowiska i pokolenia. - To było zamierzenie celowe, żeby zderzyć ludzi o odmiennej biografii, doświadczeniu, warsztacie i dorobku twórczym. 19 lipca byli to: pani Roma Ligocka - dziecko Holokaustu; Jerzy Stuhr, którego przodkowie przywędrowali w XVIII wieku z Austrii i osiedli w Galicji - bo przecież wówczas nie było Polski na mapach - chociaż szybko poczuli się Polakami; i Jacek Dehnel, najmłodszy z tego grona, z rodzinnym zapleczem ziemiańskim. Tak różnorodne postaci w jednym czasie, przy jednym stoliku - to musiało być ciekawe, także dla nich samych. Oczywiście, bardzo dużo zależy też od osoby prowadzącej - i w tym wypadku mistrzowsko poprowadził ten wieczór Piotr Łuszczykiewicz, który był czwartym, równoprawnym uczestnikiem tej rozmowy. Przecież takie spotkanie nie odbywa się na zasadzie: „co tam macie na warsztacie”; ono nie może się ograniczać do zapytania o ostatnią książkę czy tomik poetycki. Pan Piotr tak pokierował dyskusją, że mogliśmy poznawać i porównywać losy rodzin uczestników spotkania, a przy okazji żeby wydobyć dla słuchaczy to, co może być jakąś wspólną wartością, uniwersalną refleksją. To rzeczywiście miało swój nieodparty urok i walor, co nie często się zdarza podczas spotkań monotematycznych. Podobnie było podczas wieczoru poetyckiego, bo Ewa Lipska to wielka dama polskiej poezji, a towarzyszyli jej aktorzy z wiele młodszego pokolenia: Wojciech Malajkat i Jacek Wójcicki. Malajkat wspaniale czytał wiersze pani Ewy, a Wójcicki i Konrad Mastyło postarali się o muzyczny kontrapunkt. Takie spotkania nie mogą mieć charakteru otwartego, masowego, muszą się odbywać w zamkniętej przestrzeni i mówię to dlatego, ponieważ pojawiły się pytania, dlaczego nie zrobiliśmy tego chociażby pod basztą Dorotką, gdzie publiczność mogłaby być jeszcze większa. Ale nie o to przecież chodzi, głos pisarzy i poetów nie powinien w nicość się rozlegać, bo słuchacz jest tutaj bardzo istotny - słuchacz skupiony i wrażliwy, którego nic nie rozprasza, i nie ma obawy, że coś zakłóci tę niezwykłą atmosferę. Chodzi zatem także o pewien szacunek dla zaproszonych gości i ich słuchaczy. Faktem jest, że „zapotrzebowanie” na udział w obu spotkaniach „nocnych marków” było duże, o czym świadczy i to, że publiczność zajęła wszystkie miejsca w oknach wokół dziedzińca i z uwagą, w idealnej ciszy słuchała pisarzy i aktorów. A kiedy minęły dwie godziny jakoś nikomu nie spieszyło się do domu. Panie dyrektorze, będą kolejne spotkania „nocnych marków”? - Chciałbym. Jeśli będą pieniądze, to jesteśmy bardzo chętni do realizacji kolejnych takich wieczorów z literaturą. Rozmawiał Przemysław Klimek |